Wpływ pandemii koronawirusa na gospodarkę

We wtorki i czwartki będziemy publikować rozmowy z naukowcami z Uniwersytetu Warszawskiego o bieżącej sytuacji związanej z pandemią i jej wpływie na różne obszary naszego życia. Zostańcie z nami!

Jak pandemia koronawirusa wpływa na gospodarkę? Jak reagują na kryzys duże i małe firmy? Czego im potrzeba, by przetrwać? Jak my – konsumenci pozostający w domach – możemy pomóc najmniejszym przedsiębiorcom?

Zapraszamy do przeczytania rozmowy z dr. hab. Łukaszem Goczkiem z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW.

Jak z perspektywy swoich zainteresowań naukowych postrzega Pan obecną sytuację oraz to, co może się po niej wydarzyć?

Sytuacja pod względem gospodarczym jest być może jeszcze gorsza niż pod względem epidemiologicznym, więc nie mam słów otuchy. Powzięte środki, pomimo iż są absolutnie zasadne na podstawie tego, co jestem w stanie ustalić na podstawie matematycznych modeli epidemiologicznych, to jednak w sferze gospodarki przyniosą całkowite jej zatrzymanie. Obecną sytuację można porównać do lotu samolotu, kiedy to wyłączamy silnik i liczymy, że ten samolot samodzielnie wyląduje. Niektóre samoloty wylądują samodzielnie, bo są do tego przystosowane, inne nie.

Bywa, że firmy spodziewają się okresowego wyciszenia, zmniejszenia aktywności i jest to dla nich coś całkowicie naturalnego. Jednak obecne nagłe zatrzymanie w miejscu jest dla nich po prostu katastrofą, trudno to inaczej określić. To, co już obserwujemy w oparciu o dane, to absolutne przerażenie takich właścicieli firm. Na razie spływają do nas tylko wyłącznie dane, które dotyczą różnego rodzaju nastrojów i oczekiwań, bo te dane już są dostępne, w przeciwieństwie do twardych danych, które w przypadku zwłaszcza naszej gospodarki, spływają z dużym opóźnieniem. Jednak na podstawie samego klimatu inwestycyjnego czy nastrojów konsumentów możemy się już spodziewać, że to będą bardzo duże straty.

Czy widzi Pan jakieś rozwiązania, które z perspektywy badań naukowych można zacząć wdrażać? Jest to sytuacja dość nowa.

Upieram się, że nie jest to sytuacja nowa, można ją przyrównać do różnego rodzaju klęsk żywiołowych, które na nas od czasu do czasu spadają, choć oczywiście nie w naszym regionie Europy. Nie mają one najczęściej charakteru światowego, natomiast jest to pewien rodzaj klęski, ponieważ ludzie nie mogą pracować w sposób normalny. Obecnie mamy do czynienia z pewnego rodzaju zamrożeniem, wiele firm z takimi hibernacjami się liczy. Na przykład, gdy mamy „budkę z zapieksami w Mielnie”, to jest dla nas naturalne, że po okresie wysokiego sezonu, ludzie powrócą do domu a ta budka przejdzie w stan naturalnej hibernacji. Nic się z tym biznesem nie dzieje, on jest na to przygotowany. Wszystkie kontrakty w ramach tej firmy przestają działać, firma często ulega zawieszeniu i trwa w tej hibernacji, żeby na wiosnę, latem, powrócić. W gospodarce jest bardzo dużo takich sezonowych biznesów, na przykład w branży eventowej czy wielu innych, które czekają obecnie na swój najwyższy sezon, który niestety w sposób niezapowiedziany nie przyjdzie. Teraz pojawia się pytanie, jak pomóc w tej nienaturalnej hibernacji. Wiele biznesów odmroziło się po zimie, a tu zamiast osiągnąć szczyt swoich możliwości, niestety zupełnie nie będzie miało okazji na taki powrót do działalności. A wiadomo, kredyty lecą, odsetki lecą, są podatki do zapłacenia. Oczywistym ruchem, który trzeba wykonać jest przesunięcie tych wszystkich zobowiązań, tak żebyśmy tej firmy nie stracili całkowicie. Zakładając, że jest to zjawisko przejściowe, odroczenie takiej spłaty kredytów, podatków i innych należności spowoduje, że taka firma będzie w stanie zachować wewnętrzną spójność. Ponadto kluczowe jest to, że jeśli pomagamy firmom, to pomagamy pracownikom, którzy w niej pracują, a potem pomagamy z powrotem tym firmom. Jeżeli pomagamy firmom, one nie zwalniają ludzi, jeśli nie zwalniają ludzi, to od innych firm nadal będzie można kupować dobra i usługi. Jest to próba uniknięcia spirali, w której firmy bankrutują, zwalniają ludzi, a ci ludzie nie mają za co kupić usług od innych firm.

Jakie możliwości wspierania małych przedsiębiorców widzi Pan z perspektywy osoby pozostającej w domu? Czy usługi zawieszone mogą mieć jakieś znaczenie?

Oczywiście, że tak. W tej chwili jakikolwiek przepływ pieniężny do tych firm umożliwia im przetrwanie. Oczywiście nie chodzi o te największe firmy, bo one, wbrew pozorom, są w lepszej sytuacji, niż jakby zapanowała czysta klęska żywiołowa, ponieważ w klęsce żywiołowej znika kapitał, za którego pomocą te firmy produkują. Natomiast te duże firmy, biorąc pod uwagę odroczenie odsetek, spłat, powinny z tego wyjść, w mniejszym lub większym stanie naruszenia, ale powinny wyjść. Nawet jeśli nie, to jeśli taka duża firma zbankrutuje, to pozostanie po niej kapitał, wejdzie nowa firma, odkupi kapitał i zacznie produkować to samo, może z trochę innymi ludźmi i na trochę inny sposób, ale nie ma tutaj wielkiej straty z punktu widzenia gospodarki kapitalistycznej. Natomiast największym zasobem małej firmy są najczęściej ludzie, którzy w niej pracują. W firmie znajduje się tzw. wiązka kontraktów, ale to nic innego, jak pewne relacje wewnątrz firmy. Mogą istnieć w formie umowy, w formie kontraktów, ale zasadniczo mogą być to niepisane relacje. Jeżeli taka mała firma upada, to nic z tego nie zostaje. Innymi słowy, tracimy wiele wysiłku włożonego, żeby taką firmę uruchomić. Ponownie przykład firmy z zapiekankami. Kiedy taka firma przestaje istnieć, to w tym momencie cały know-how znika – czyli zaprzepaszczamy to, że zdobyliśmy zezwolenie na robienie tych zapiekanek, wynajęliśmy biuro, wiedzieliśmy, gdzie są klienci, że klienci o nas wiedzą, mamy kucharza, który dobrze robi zapiekanki. Mówię teraz wyłącznie figuratywnie, mowa bowiem o restauracjach, fryzjerach, wielu innych małych usługach. Ich zniknięcie z rynku nie spowoduje, że natychmiast w to samo miejsce wejdzie coś innego, więc udana hibernacja tego rodzaju biznesów jest kluczowa, żeby takie biznesy potem wystartowały. Jeśli się taki okres hibernacji przedłuży, to one tego zwyczajnie nie przetrwają.

Czy duże firmy, oprócz oferowania darowizn, mogą w inny sposób pomóc w obecnej sytuacji? Jak mogą się aktywnie włączyć w odbudowę gospodarki? Czy jest to w ogóle jest możliwe?

Ja stoję na stanowisku, że zasadniczo firmy powinni robić to, do czego są przeznaczone. Oczywiście, ma to pewien charakter wizerunkowo-marketingowy, że firmy występują z tego rodzaju działaniami, część z nich jest powodowana rzeczywistym altruizmem. Natomiast nie wydaje się możliwe, żeby firmy mogły się w to włączyć. Chciałbym podkreślić, że może się wydawać, że jeśli jakaś firma przeznaczyła milion złotych ze swojego zysku, to jest to dużo pieniędzy. Jednak w przypadku dużej firmy to nie są duże pieniądze, a w skali pieniędzy wydawanych na służbę zdrowia ogółem, są to pieniądze mało istotne.

Niektóre firmy, głównie na Zachodzie, zaczynają się przebranżawiać. Czy to zmieni się w jakiś trend?

Jest to zjawisko absolutnie normalne i wręcz, powiedziałbym, zdrowe. Jeśli mówimy o kapitalizmie, to jego największą umiejętnością jest właśnie umiejętność szybkiego reagowania na daną sytuację. Jeśli firmy będą się przebranżawiać, to powinniśmy takie działania jak najbardziej wspierać i do tego dopuścić. W przypadku takich sektorów jak turystyka, przez dłuższy czas firmy w sektorze nie będą mogły generować znacznych zysków, część zostanie zamknięta. Domyślam się bowiem, że ludzie nie wrócą z dnia na dzień do podróżowania. Wydaje się, że w pewnym momencie trzeba sobie zadać pytanie, czy nie należałoby tych pracowników, niestety, w jakiś sposób przekierować do działalności, która odnotowuje wzrosty jak na przykład branża kurierska, czyli tam, gdzie są na tę chwilę potrzebni.

Czy znana jest Panu teoria kwarantanny potrzeb?

Tak. Chciałbym podkreślić, że ekonomiści oraz inni badacze społeczeństwa ewidentnie bardzo się między sobą różnią. Będę tutaj prezentował typową wizję ekonomisty. Ekonomiści opisują ludzi takimi jakimi są, w przeciwieństwie do innych badaczy w naukach społecznych, którzy opisują ludzi takimi, jakimi powinni być. Według tej teorii na skutek kwarantanny powinniśmy zagłębić się w swoje potrzeby i zrozumieć, że tak dużo nie potrzebujemy – nie potrzebujemy tyle jeździć, tyle konsumować i to przyniesie nam generalną iluminację, staniemy się lepsi. Ja natomiast mam zupełnie przeciwny pogląd. Uważam, że większość osób postrzega obecną sytuację jako całkowicie nienaturalną, pewną klęskę żywiołową, która nastąpiła nie z ich winy – nikt epidemii nie widzi jako konsekwencji własnych działań. To nie jest sytuacja, która wystąpiła w pewnym stopniu po kryzysie finansowym, kiedy rzeczywiście sama działalność instytucji finansowych doprowadziła do tego kryzysu. Pojawiły się wtedy przemyślenia, czy wszystko, co robimy, jest dobre. Obecnie wydaje się natomiast, że to, co nas osobiście spotkało, nie jest przez nas bezpośrednio zawinione, w związku z tym będziemy dążyć do jak najszybszego odtworzenia swojego dawnego stylu życia, kiedy to tylko będzie możliwe. Te wszystkie kwarantanny, to wszystko zajmie bardzo długo, o wiele dłużej niż wszyscy się spodziewają. Kiedy jednak się skończą, konsumpcja ruszy na całego, nastąpi próba odrobienia strat, które ponieśliśmy.

Obecnie zaczynamy trochę weryfikować dotychczasowy sposób pracy, do którego byliśmy przyzwyczajeni. Czy tryb pracy zdalnej będzie dominujący, a jeśli tak, czy może się odbić na rynku pracy?

Trudno powiedzieć. Rzeczywiście pewien stały koszt związany z tym, że wszyscy nauczyliśmy się komunikatorów, jak z nimi pracować, że część osób zakupiła brakujący sprzęt, czyli – jak mówimy w ekonomii – koszt utopiony został poniesiony, doprowadzi do częstszego korzystania z tych rozwiązań niż do tej pory. W szczególności w przypadku krótkich spotkań, mających charakter jednorazowy, kiedy trzeba coś na szybko skonsultować. W przypadku osób z różnych stron, zamiast je przerzucać po całej Polsce, można spotkać się wirtualnie. Jest to forma, dzięki której kilka, kilkanaście osób nie musi jeździć po całej Polsce, co tym samym prowadzi do olbrzymiego obniżenia kosztów. Z drugiej strony, niestety nie da się tego powiedzieć o efektywnym procesie uczenia, ponieważ kontakt twarzą w twarz jest szalenie istotny. Ponadto występują różnego rodzaju problemy techniczne. Zatem powstaje kwestia: jak to się potoczy? Wszystko zależy od ludzi, jak tę sytuację wykorzystają. Do pracodawcy szybko spłyną odpowiedzi, czy to się w ogóle opłacało, czy dany pracownik był w stanie w trybie zdalnym pracować równie efektywnie, jak robił to w biurze. To taki masowy eksperyment. Oczywiście, w wielu przypadkach pojawi się odpowiedź, że było warto i takie procesy zostaną ugruntowane. Ale w wielu wypadkach okaże się, że niektórzy pracownicy niezbyt dobrze wykorzystali ten czas i pracodawcy staną się wysoce nieufni wobec tego trybu pracy. Na koniec chciałbym dodać, że w perspektywie długofalowej nie wiadomo, czy jest to do końca dobre. Wyjdźmy poza ekonomię. Osobiście uważam, że stanowimy część społeczeństwa i potrzebujemy tych interakcji społecznych. Wśród nas jest wiele osób, które źle znoszą czas niespędzony z innymi. Czują się dobrze, będąc w zespole, to nadaje sens w ich życiu. Ja uwielbiam prowadzić wykłady, ale przeprowadzanie ich obecnie do ekranu komputera jest zupełnie inną formą niż ta, którą lubiłem. Lubię pytać studentów, lubię interakcje, lubię, jak oni zadają mi pytania, to wszystko zostało nam przez tą przykrą sytuację zabrane. Osobiście liczę na to, że ten wielki eksperyment z nauczaniem z domu pozostanie ciekawym eksperymentem, natomiast raczej bym się spodziewał, że nauka na uniwersytecie pozostanie w formie tradycyjnej.

Czy z Pana perspektywy występują obecnie jakieś istotne zjawiska, które z perspektywy ekonomii są ważne lub staną się ważne w przyszłości?

Tych zjawisk wyzwoliło się sporo. Osobiście uważam, że dojdzie do niekorzystnego odwrotu od globalizacji. To znaczy, zaczniemy się sporo zastanawiać, czy ten model gospodarczy, który nam przyniósł taki wielki, zwłaszcza w Polsce, sukces gospodarczy, nie niesie on ze sobą pewnego rodzaju kosztów, jak te związane z faktem, że produkcja chociażby maseczek czy respiratorów wywędrowała do Chin. Wszyscy bardzo się cieszyli, kiedy przynosiło to olbrzymie zyski, natomiast kiedy wystąpiła właśnie taka jednorazowa sytuacja jak teraz, to nagle doprowadziła do bardzo dużych kosztów. To bardzo naturalne dla naszej gospodarki, że nie bierze się pod uwagę ryzyka dla chwilowej efektywności. To tak jak w przypadku nowych samochodów osobowych, które w większości nie posiadają kół zapasowych. Powodem jest to, że cena samochodu jest o 200 zł niższa, w skali całego pojazdu jest to śmieszna suma, ale ludzie po prostu wolą zapłacić o 200 zł mniej. I teraz pęka nam koło na autostradzie, i co? Okazuje się, że brak koła o wartości 200 zł generuje dla nas bardzo wysoki koszt. I to jest właśnie takie zjawisko, które pojawia się przy tego typu kryzysach. Osobiście uważam, bo to nie jest pierwszy kryzys, który obserwuję, że ta lekcja zostanie natychmiast zapomniana, znów wrócimy do tego, co było. Natomiast to, na czym tutaj stracimy długofalowo, to jest odwrót od przestawiania naszej gospodarki na tory bardziej ekologiczne. Teraz możemy się cieszyć, że emisja spadła. Co prawda smog utrzymał się w Warszawie na tym samym poziomie, ale wynika to z zupełnie innych kwestii. Ogólnie rzecz biorąc, planeta trochę odżyła, ale jest to efekt chwilowy. Chiny już dały jasny komunikat, że nie będą przestrzegać dotychczas wypracowanych norm, żeby odrobić to, co straciły przez okres kwarantanny u siebie. W związku z tym pesymistycznie podchodzę do przyszłości gospodarki zeroemisyjnej Unii Europejskiej. Moim zdaniem na skutek zaistniałej sytuacji ten ambitny projekt zostanie odłożony.

Czy część produkcji w Chinach ma szansę powrócić do Europy? Zwłaszcza jeśli chodzi o elementy do różnego rodzaju sprzętu elektronicznego, w tym komputerów, by zabezpieczyć ciągłość dostaw na wypadek sytuacji, w której teraz się znajdujemy?

Mamy tu do czynienia z tzw. przerwaniem łańcuchów dostaw. Każda rzecz, którą widzimy na półce w sklepie, posiada łańcuch wartości, wykreowany w poszczególnych firmach, które po kolei ten towar udoskonalały. Ktoś najpierw wydobył rudę miedzi, potem został z niej wytoczony kabel, następnie dodano krzem i powstały układy scalone. To wszystko, zanim zostało wmontowane w komputer, przeszło przez mnóstwo firm, które nad tym pracowały, udoskonalały. W tym przypadku lokalizacja ma zasadnicze znaczenie. Te wszystkie firmy znajdują się blisko siebie, występuje między nimi przepływ pracowników, ktoś się zwalnia, kogoś się zatrudnia. Wszyscy posiadają know-how, jak daną rzecz wyprodukować. Jestem sceptyczny co do tego, że cokolwiek z tej sfery powróci do Europy, bo w Europie nigdy nie było przemysłu produkującego komputery i nigdy go już nie będzie. Potrzeba wielkiej masy krytycznej, żeby posiadać własny przemysł elektroniczny, a na to jest, niestety, za późno. Nadal jednak będziemy handlować. Niemcy mają olbrzymią przewagę technologiczną, jeśli chodzi o maszyny do produkcji innych maszyn, w związku z czym jesteśmy w stanie w sposób zyskowny się wymieniać z Azją. Teraz być może ktoś na tym straci, ale handel przynosi tak olbrzymie korzyści, że niemożliwym jest, żeby z niego zrezygnować i cieszyć się tym, co mamy, w nadmiernym uproszczeniu, tanimi rzeczami z Chin. Jednocześnie my dysponujemy również tańszymi rzeczami, ponieważ się specjalizujemy w danym kierunku i każdy z nas posiada swoją umiejętność, która jest cenna. Przez to, że nie zajmujemy się naraz wszystkim, nie próbujemy być ludźmi renesansu, dzięki temu wszyscy zyskujemy bardzo duże korzyści. To, moim zdaniem, nie powinno się zmienić.

Rozmowa z dr. hab. Łukaszem Goczkiem
Katedra Makroekonomii i Teorii Handlu Zagranicznego
Wydział Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego

Tekst rozmowy jest do pobrania tutaj.

Copyright © 2020 Uniwersytet Warszawski.